Trzy pokolenia w sadzie na Wzgórzach Trzebnickich
W Trzebnicy na Dolnym Śląsku, na pochyłych zboczach Wzgórz Trzebnickich, rozciąga się sześciohektarowy sad prowadzony przez braci Jakuba i Szymona Celmerów. Historia gospodarstwa sięga lat 70. XX wieku, kiedy to dziadek braci, Zdzisław, posadził pierwsze jabłonie. Część z tych ponad trzydziestoletnich drzew nadal owocuje. W latach 90. sad przejął Janusz Celmer, który zarządzał nim przez około dwie dekady, by następnie przekazać go synom.
Warunki naturalne sprzyjają uprawie
Trzebnica należy do cieplejszych rejonów Polski. W przeszłości działały tu winnice, którym sprzyjały zarówno klimat, jak i żyzne, cięższe gleby. W uprawie jabłoni istotne są jednak także dobór podkładki i odmiany, gęstość nasadzeń oraz przebieg pogody. Jak wyjaśnia Szymon Celmer, część sadu położona jest na stoku o teoretycznie niekorzystnej ekspozycji, ale w ostatnich latach, z powodu suszy i wysokich temperatur, ta kwatera okazała się bardzo korzystna. Dzięki cięższej glebie gospodarstwo nie potrzebuje intensywnego nawadniania, a słońce nie wyrządza tylu szkód co w bardziej nasłonecznionych miejscach.
Sześć odmian i plony
W sadzie uprawia się sześć głównych odmian: Golden Delicious, Rubin, Rubinstar, Rubinola, Topaz i Red Jonaprince Select. Każda ma inne właściwości i walory smakowe. Rubin dobrze sprawdza się w czasie zbiorów, Topaz zyskuje, gdy poleży w chłodni, a Jonaprince Select daje wysokie plony. W typowym sezonie sad daje około 250 ton jabłek. W tym roku zbiory były mniejsze z powodu przymrozków i gradobicia.
Integrowana produkcja i ochrona środowiska
Gospodarstwo od lat 90. prowadzi uprawę w systemie integrowanej produkcji roślin (IP). Obejmuje ona między innymi kontrolę stosowanych metod ochrony oraz ograniczanie ich wpływu na środowisko. W sadzie wykorzystuje się również zabiegi mechaniczne: przerzedzanie zawiązków, usuwanie pędów porażonych mączniakiem i koszenie trawy. Stosowane są także środki biologiczne, na przykład preparat zawierający wirusa atakującego gąsienice owocówki jabłkóweczki, który jest przyjazny środowisku i działa selektywnie, nie wpływając na inne organizmy. Prowadzenie sadu w systemie IP wiąże się z dopłatami, które według sadowników wynoszą około 12–13 tys. zł rocznie.
Rok pracy w sadzie
Prace zaczynają się od zimowego cięcia drzew i rozdrabniania gałęzi. W zależności od pogody zabiegi można rozpocząć już w grudniu, po opadnięciu liści. Równolegle, aż do kwietnia, trwa sprzedaż jabłek przechowywanych w chłodni. W sezonie wegetacyjnym sadownicy chronią drzewa przed szkodnikami i chorobami. Jednym z największych zagrożeń jest parch jabłoni. W sadzie rosną między innymi odmiany Topaz i Rubinola, które wykazują podwyższoną odporność na tę chorobę, choć jak zauważa Szymon Celmer, patogen przełamał tę odporność w dużej mierze. Około miesiąca przed zbiorami wykonywane jest letnie cięcie, które pomaga doświetlić owoce i poprawić ich wybarwienie. Po takim zabiegu na drzewach pozostaje mniej jabłek, ale mogą one osiągnąć większe rozmiary i pełniejszy smak. Sadownicy koszą trawę między rzędami drzew, ale niezbyt często, aby zachować warunki sprzyjające owadom. Zbiory odbywają się z udziałem rodziny i kilku pracowników. W tym roku, ze względu na wysokie temperatury, sezon przyspieszył. W połowie października z drzew zrywano już ostatnie jabłka. Owoce trafiają do skrzyń, a następnie do chłodni i sortowni.
Nowoczesna sortownica i chłodnia
Chłodnia, jak mówi Szymon Celmer, jest jedną z najstarszych na Dolnym Śląsku. Sadownicy na razie nie planują budowy nowej, choć rozważają remont. Najnowszą inwestycją braci jest sortownica warta około 150 tys. zł. Urządzenie jest zautomatyzowane i wyposażone w kamerę HD oraz oprogramowanie wykorzystujące algorytmy sztucznej inteligencji. Sortuje jabłka według wielkości, koloru i widocznych uszkodzeń. Przy dużym zamówieniu obsługują ją nawet cztery osoby, a posortowanie jednej skrzyni zajmuje około 20 minut. Przy mniejszej liczbie zamówień pracę może wykonać jedna osoba.
Sprzedaż bez pośredników i jabłkomat
Od kilku lat część jabłek jest tłoczona na sok w pobliskiej firmie. Pięciolitrowe opakowanie w kartoniku kosztuje 37 zł, a sam worek z sokiem – 30 zł. Ceny jabłek zależą od odmiany i jakości i wynoszą od 2 do 4 zł za kilogram. Owoce trafiają na bazary i do sklepów, ale nie do supermarketów. Jak wyjaśnia Szymon Celmer, wstępne rozmowy dotyczyły dostaw jabłek o średnicy 8–9 centymetrów, a pozostałe owoce nie miałyby zastosowania. Do tego dochodziły odległe terminy płatności, dlatego nie zdecydowali się na współpracę. Sadownicy starają się sprzedawać jak najwięcej bez pośredników. W tym roku liczą na bezpośrednią sprzedaż około 40 proc. zbiorów. Przy bramie stoi jabłkomat, którego zakup kosztował około 50 tys. zł netto. Inwestycję zrealizowano w ramach programu „Rolnictwo 4.0”, uzyskując dofinansowanie. Jak mówi Jakub Celmer, pierwsze jabłkomaty zobaczyli na spotkaniach branżowych i zastanawiali się, czy taki sposób sprzedaży sprawdzi się u nich. Już po miesiącu wiedzą, że to był dobry pomysł. Pojawiają się nowi klienci, którzy przyjeżdżają po świeże jabłka prosto od sadownika. Jabłkomat nie wymaga dodatkowego chłodzenia, ponieważ jego zawartość jest na bieżąco uzupełniana. Sezon sprzedaży trwa do marca lub kwietnia. Bracia organizują także jabłkobranie, czyli samodzielne zbieranie owoców przez klientów. Wydarzenie odbywa się pod koniec sezonu i przyciąga wielu zainteresowanych.
Ubezpieczenie i wyzwania
Jednym z największych wyzwań w sadownictwie pozostaje nieprzewidywalna pogoda: gradobicia, susze i przymrozki. W tym roku po raz pierwszy ubezpieczyli się od gradobicia. Jak podkreśla Szymon Celmer, trzeba dokładnie czytać umowy, zwłaszcza to, co jest napisane drobnym drukiem. Mieli około 30 proc. strat, a odszkodowanie wyniosło około 10 tys. zł. Nie doczytali informacji o współczynnikach przeliczeniowych i byli zaskoczeni wysokością wypłaty, zwłaszcza że ubezpieczenie kosztowało 12 tys. zł. Na szczęście zakwalifikowali się do dofinansowania. Bracia Celmerowie podkreślają, że można utrzymać się z sześciu hektarów sadu. Dotknęły ich problemy, z którymi mierzą się też inni sadownicy, zwłaszcza małe i średnie gospodarstwa, między innymi niskie ceny skupu. Dlatego postanowili pójść własną drogą i spróbować sprzedawać owoce samodzielnie. Stawiają na bezpośredni kontakt z klientami, jabłkobranie, jabłkomat i niewielkie przetwórstwo. Jak podsumowuje Jakub Celmer, to pozwala im spiąć finansowo to, co robią.
„Nie zależy nam na wyprodukowaniu jak największej ilości owoców, lecz na tym, żeby były smaczne i zdrowe” – mówi Szymon Celmer.
Tekst i zdjęcia: Anna Malinowski, realizacja i montaż: Michał Heluszka. Źródło: wrp.pl
