W Podaninie pod Chodzieżą, w województwie wielkopolskim, Łukasz Marciniak prowadzi gospodarstwo regeneratywne o nazwie Szalony Pasterz. Na zaledwie 2,5 hektara utrzymuje kaczki, perliczki, brojlery i kury nioski w systemie pastwiskowym. Jego historia pokazuje, że do rozpoczęcia produkcji żywności nie potrzeba dużego areału ani ciągnika – wystarczą mobilne konstrukcje i konsekwentna praca.
Od 50 kurczaków do 2800 ptaków
Łukasz zaczynał od 50 kurczaków w dwóch mobilnych domkach. Dziś, w szczycie sezonu, na pastwiskach przebywa nawet 2800–3000 sztuk drobiu. W połowie września 2026 roku utrzymywał około 1550 ptaków: 350 perliczek, 600 kaczek, 300 brojlerów i 300 kur niosek. Inspiracją była książka Joela Salatina „You Can Farm” – amerykańskiego rolnika z Polyface Farm w Wirginii, który propaguje mobilny chów na pastwisku.
– Ja po prostu chciałem mieć dostęp do zdrowej żywności – opowiada Łukasz. – Studiowałem logistykę, pracowałem w transporcie, więc połączyłem te kropki i wpadłem w ten mobilny system gospodarowania.
Nazwa gospodarstwa powstała z niedowierzania rodziny i znajomych. – Każdy uważał, że to, co chcę robić, jest nienormalne, zwariowane i szalone. Pomyślałem: będę wypasał drób, wszystko będzie na pastwisku, więc będę pasterzem – mówi rolnik.
Mobilne kurniki zamiast ciągnika
Łukasz nie posiada ciągnika. Mniejsze konstrukcje przesuwa ręcznie, większe – terenówką, która służy mu także jako magazyn i warsztat na kółkach. W gospodarstwie stosuje różne typy mobilnych kurników: chicken tractory bez podłogi dla drobiu mięsnego oraz egg mobile, czyli „kurowozy” na kołach dla niosek. Podłoga z metalowej kratki pozwala odchodom spadać bezpośrednio na pastwisko, a specjalna szuflada pod gniazdami ogranicza dostęp kur do świeżo zniesionych jaj.
– To jest taka praca trochę „nie filmowa” – mówi Łukasz, przestawiając zagrodę.
W sezonie zagrody dla drobiu mięsnego przestawia niemal codziennie. Częstotliwość rotacji zależy od liczby ptaków i zagęszczenia – trawa musi mieć czas na odrost. – Jaj mam cały czas za mało, ale ograniczenia ziemi powodują, że nie mogę po prostu mocno zwiększyć liczby niosek – zaznacza.
Zimowanie niosek i ochrona przed drapieżnikami
Nioski pozostają na pastwisku przez cały rok, także zimą. Wtedy nie przestawia się ich na kolejne kwatery – kury spędzają zimę na jednej, a Łukasz dokłada im słomę, by chronić je przed wiatrem. Zbiera zwykle 120–140 jaj dziennie.
Na pastwisku kluczowa jest ochrona przed drapieżnikami. Łukasz stosuje ogrodzenia elektryczne i siatki chroniące z góry, zabezpiecza krawędzie domków przed podkopaniem. – Nie ma zabezpieczenia skutecznego raz na zawsze – podkreśla. Kuna może znaleźć szczelinę, lis podkopać konstrukcję, a ptaki drapieżne ominąć osłony.
W pilnowaniu stad pomaga mu suczka Chilli, australijski pies pasterski. – Nie przez przypadek łapie za kostki, bo to Australian Cattle Dog. Za oceanem mówi się na nie „blue heelery” – tłumaczy rolnik.
Własna pasza i stado zarodowe
Ptaki korzystają z pastwiska, ale dostają też paszę przygotowywaną przez Łukasza z kupowanych surowców. – Korzystam z przepisu Salatina z książki „Pastured Poultry Profits”, ale trochę przerobiłem go na polskie warunki. Z surowców białkowych stosuję pełnotłustą soję ekstrudowaną, łubin i groch. Do tego kukurydza, owies i jęczmień – wylicza.
Rolnik chce dojść do własnego stada w cyklu zamkniętym. Ma własną odchowalnię i założył stado zarodowe, ale część niosek to jeszcze ptaki kupione. W stadzie są kury w różnym wieku – niektóre mają około czterech lat i nadal znoszą jaja, choć rzadziej. – Na razie niektóre mają u mnie dożywocie. Przy australorpach celuję w czteroletni cykl – wyjaśnia.
W 2027 roku planuje powrót do królików i założenie własnego stada zarodowego z czterema samicami.
Sprzedaż bezpośrednia i bariery prawne
Mięso i jaja Łukasz sprzedaje przede wszystkim bezpośrednio klientom. Współpracuje z jedną restauracją, dla której hoduje głównie kaczki. W sklepie gospodarstwa można znaleźć jaja, tuszki drobiowe i królicze, podroby oraz kaczy smalec. – Wysyłam jajka, mięso i mięso mrożone w specjalnych opakowaniach zwrotnych. Można też przyjechać do gospodarstwa albo spotkać mnie na targu na Dolnej Wildzie w Poznaniu, ale tak naprawdę internet robi największą robotę – mówi.
W planowaniu chowu pomagają mu rezerwacje konkretnych terminów i przedpłaty. Dzięki wcześniejszym zamówieniom wie, ile ptaków przygotować, a część pieniędzy na ich odchów dostaje z góry.
Łukasz sam zbudował mobilną jednostkę ubojową, z której chcieliby korzystać także inni rolnicy. Z tym tematem dotarł do Sejmu, gdzie podczas posiedzenia podkomisji mówił o małych jednostkach dla drobiu i królików. Chciałby, aby jedna w pełni wyposażona jednostka jeździła między gospodarstwami na terenie powiatu.
Osobnym problemem jest dla niego współpraca z Inspekcją Weterynaryjną. – Weterynaria nie pomaga i nie chce pomagać, raczej zwalcza takich rolników jak ja. Mój sposób gospodarowania nie wpisuje się we współczesne rozporządzenia i przepisy – mówi.
Zysk z hektara i plany na przyszłość
Według własnych wyliczeń Łukasza w ubiegłym sezonie gospodarstwo przyniosło około 37 tys. zł zysku w przeliczeniu na hektar. W tym sezonie liczy na około 45 tys. zł z hektara. W tych kwotach mieści się zarówno chów, jak i sprzedaż bezpośrednia oraz współpraca z restauracjami.
– Na małym areale chcę mieć małe zwierzęta. Im mniejsze zwierzę, tym mniejszy areał jest potrzebny, ale więcej pracy jest wokół niego. Na początku każdy mówił mi, że to takie „hobby”. Nie, to nie jest hobby, to praca, która przynosi zysk. Po tych trzech latach to jest dla mnie realny biznes. Jestem w stanie się z tego utrzymać – podkreśla Łukasz Marciniak.
