14 hektarów, które żywią rodzinę. Historia gospodarstwa regeneratywnego z Kąkolewic

14 hektarów, które żywią rodzinę. Historia gospodarstwa regeneratywnego z Kąkolewic

Małe gospodarstwo może być dochodowe – pod warunkiem, że najpierw znajdzie klienta

Filip i Magda Partyka prowadzą w Kąkolewicach w Wielkopolsce gospodarstwo regeneratywne Green Leaf. Dysponują zaledwie 14 hektarami, z czego większość to gleby słabsze. Mimo to od kilku lat utrzymują się wyłącznie z rolnictwa. Ich historia pokazuje, że sukces nie zależy od areału, lecz od przemyślanej strategii sprzedaży i konsekwentnego liczenia kosztów.

Zanim osiągnęli stabilizację, przez cztery lata łączyli pracę na etatach z prowadzeniem gospodarstwa. Pierwszy pomysł – uprawa ziół, w tym ręcznie zbieranego nagietka – okazał się nieefektywny przy zbyt dużym areale. Po drugim sezonie konieczna była restrukturyzacja. To doświadczenie nauczyło ich, że produkcję trzeba planować od strony rynku, a nie dostępnej ziemi.

„Jako rolnicy jesteśmy przedsiębiorcami. Jeżeli coś na papierze nie wychodzi, to się za to nie zabierasz. Wszystko musi być podyktowane konkretnym biznesplanem, przepływami finansowymi i oczekiwanymi przychodami” – podkreśla Filip Partyka.

Abonament zamiast hurtu – 140 rodzin i cotygodniowe paczki

Kluczem do opłacalności okazała się sprzedaż bezpośrednia w modelu abonamentowym. Gospodarstwo obsługuje obecnie około 80 rodzin, które odbierają paczki co tydzień, oraz kolejnych klientów korzystających z dostaw co dwa tygodnie. Łącznie to około 130–140 rodzin. W sezonie jedna paczka zawiera od 10 do 13 gatunków warzyw, a w całym gospodarstwie uprawia się około 32 gatunki.

Dzięki temu, że popyt jest znany jeszcze przed zbiorami, rolnicy mogą precyzyjnie planować produkcję i ograniczać ryzyko niesprzedanych plonów. Wymaga to jednak dużej dyscypliny – każda paczka musi być skomponowana tak, by zachować różnorodność, a w razie problemów z jednym gatunkiem trzeba mieć w odwodzie inny. Około 70 proc. klientów wraca w kolejnym roku, co daje stabilną bazę do planowania kolejnych sezonów.

Najpierw koszty, potem cena

Partyka zwraca uwagę, że cena produktu powinna wynikać przede wszystkim z kosztów prowadzenia gospodarstwa i dochodu, który ma zapewnić rodzinie oraz pracownikom. Gospodarze analizują czasochłonność poszczególnych prac, zapotrzebowanie na siłę roboczą i osiąganą wydajność, a następnie określają roczny przychód, którego potrzebują. Dopiero na tej podstawie kalkulują ceny i porównują je z rynkiem.

„Uważam, że to jest coś, od czego każdy rolnik powinien zacząć” – mówi Filip Partyka.

Takie podejście ma szczególne znaczenie w produkcji wymagającej dużego nakładu pracy ręcznej. Nawet wysoka cena sprzedaży nie gwarantuje zysku, jeśli przygotowanie, zbiór, pakowanie i dostarczenie produktu pochłaniają zbyt wiele roboczogodzin. Dlatego w małym gospodarstwie równie ważne jak plon są organizacja pracy i sprawność zespołu.

96 stałych zagonów i trzy zbiory w roku

Gospodarstwo wykorzystuje 96 stałych zagonów, z których każdy może być uprawiany nawet trzy razy w ciągu roku. Pomagają w tym staranne planowanie terminów, zmianowanie, poplony i zarządzanie materią organiczną. Dzięki temu z tej samej powierzchni udaje się uzyskać kilka zbiorów w sezonie, zamiast opierać przychody na jednej uprawie. Różnorodność gatunków ułatwia też komponowanie cotygodniowych paczek.

Istotnym elementem systemu jest odbudowa żyzności gleby. Gospodarze wykorzystują kompost, materiał organiczny z gospodarstwa oraz poplony. Prowadzą również chów drobiu na pastwiskach, a rozwijane stado przeżuwaczy ma być kolejnym ogniwem systemu. Produkcja warzyw pozostaje jednak intensywna i wymaga stałej obecności zespołu.

Dywersyfikacja, ale z kalkulatorem w ręku

Źródłem przychodów nie są wyłącznie warzywa. W gospodarstwie funkcjonują kury nioski i brojlery, prowadzone są warsztaty i szkolenia, a także usługi związane z planowaniem zadrzewień i zarządzaniem krajobrazem w firmie AgroPartyka. Takie zróżnicowanie daje dodatkowe możliwości, ale wymaga oceny, które działalności przynoszą najlepszy wynik w stosunku do zaangażowanego czasu i kapitału.

„Trudniejsze jest to, żeby się określić, co zrobić. Jest tak wielka gama możliwości, że wymaga to bardzo dużo analizy, siedzenia i dodawania, odejmowania” – przyznaje gospodarz.

Przykład gospodarstwa z Kąkolewic pokazuje, że przed zwiększaniem skali produkcji warto sprawdzić, czy większy potencjał nie tkwi w lepszym wykorzystaniu obecnych zasobów. Sprzedaż bezpośrednia nie sprawdzi się wszędzie – wymaga dostępu do klientów, umiejętności planowania wielu upraw i gotowości do regularnego kontaktu z odbiorcami. Nie każdy rolnik chce też brać na siebie obowiązki związane z organizacją zamówień i obsługą klientów. Jednak dla tych, którzy zdecydują się na ten model, może on być sposobem na godziwy dochód nawet z niewielkiego areału.

Fot. Pexels / Mark Stebnicki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *