W wielkopolskiej Kłodzie, w gospodarstwie prowadzonym przez rodzinę Szulców, kukurydza zajmuje 60 z 200 hektarów. Uprawa ta jest jednym z filarów produkcji obok pszenicy, pszenżyta, truskawek i pomidorów. Gospodarstwo od lat łączy tradycję z nowoczesnym podejściem do agrotechniki, a kluczem do sukcesu okazuje się starannie planowany płodozmian.
Płodozmian planowany z wyprzedzeniem
Szulcowie układają zmianowanie co najmniej dwa lata naprzód. Zwracają uwagę nie tylko na wymagania poszczególnych gatunków, ale także na następstwo substancji czynnych stosowanych w ochronie roślin. Dzięki temu środki użyte przy jednej uprawie nie ograniczają możliwości prowadzenia kolejnych.
Pod rośliny jare gospodarze wysiewają międzyplony ozime, zwykle mieszankę od trzech do pięciu gatunków. Na polu, gdzie w tym roku rosła kukurydza, wcześniej uprawiano pszenżyto, po którym wysiano mieszankę łubinu wąskolistnego, gorczycy białej, gryki i owsa. Międzyplon przezimował, a w lutym został wymieszany z glebą talerzówką, po czym wykonano uprawę kultywatorem i wysiano kukurydzę.
– Międzyplon pomaga zatrzymać wodę z okresu jesienno-zimowego, poprawia strukturę gleby i zwiększa jej żyzność. To jeden z fundamentów agrotechniki kukurydzy – podkreśla Tomasz Szulc.
Odmiana Glorius i stabilny rynek zbytu
W tym sezonie rolnicy postawili na odmianę Glorius typu flint z kolbą typu fix. Ziarno trafia do produkcji mąki kukurydzianej, co zdaniem gospodarzy zapewnia stabilny rynek zbytu. Kukurydza nie jest uprawiana w monokulturze – wraca na pole raz na kilka lat jako jeden z elementów zmianowania.
– Kukurydza dostarcza dużo masy organicznej, a jednocześnie nie jest szczególnie wymagająca. Jest także jedną z trzech roślin jarych, które uprawiamy, aby zachować właściwy płodozmian – mówi Maurycy Szulc.
Plon 15 t/ha i kalkulacja kosztów
Obecnie zbierane jest około 15 ton z hektara przy wilgotności 30%. Koszt produkcji wynosi około 5 tys. zł na hektar, co przy takim plonie daje wynik dodatni. Zbiór 60 hektarów zajmuje około tygodnia, jeśli pogoda sprzyja. Kukurydzę zbiera ośmioletni kombajn John Deere W540i, którego operatorem jest najczęściej Tomasz Szulc.
– Dzisiaj za kombajn tego typu trzeba byłoby zapłacić około miliona złotych. To model ze średniej półki, ale w zupełności wystarcza na nasze gospodarstwo. Średnio kosimy hektar w ciągu godziny – mówi rolnik.
Kontraktacja: nie tylko cena się liczy
Ziarno sprzedawane jest na podstawie umowy kontraktacyjnej. Odbiorca płaci 700 zł za tonę przy wilgotności 30%, a za każdy punkt procentowy mniej cena wzrasta o 7 zł za tonę. Rolnicy od kilku lat współpracują z tą samą firmą i wysiewają wskazane przez nią nasiona, aby uzyskać ziarno o parametrach odpowiednich do produkcji mąki.
Doświadczenia gospodarzy pokazują jednak, że przy podpisywaniu umów należy dokładnie analizować ich zapisy. W przypadku pszenicy zawarli umowę kupna-sprzedaży na określony wolumen jeszcze przed zakończeniem zbiorów. Niekorzystna pogoda sprawiła, że plon był o 25% niższy niż rok wcześniej, a kupujący oczekiwał dostarczenia pełnej zakontraktowanej ilości w ustalonym terminie i po określonej cenie.
– Na szczęście brakującą ilość mogliśmy pozyskać od kolegów i sąsiadów. Udało nam się też sprzedać pszenicę przed podwyżkami cen paliwa. Gdybyśmy nie dostarczyli całego wolumenu, firma naliczyłaby za brakującą część cenę rynkową z dnia zakupu. Byłoby to dla nas bardzo niekorzystne – wspomina Tomasz Szulc.
Przed podpisaniem umowy warto więc sprawdzić nie tylko cenę, ale także wielkość zakontraktowanego wolumenu, termin dostawy, sposób rozliczenia jakości oraz konsekwencje niedostarczenia całości towaru. Sama nazwa „umowa kontraktacyjna” nie gwarantuje ochrony rolnika – decydujące znaczenie mają konkretne zapisy dokumentu.
Fot. Pexels / anaterate
