Z kilku arów do 25 hektarów ziół. Historia rolnika z Ziemlina

Z kilku arów do 25 hektarów ziół. Historia rolnika z Ziemlina

Mariusz Marciniak z Ziemlina w gminie Krobia (woj. wielkopolskie) w 1998 roku stanął na czele rodzinnego gospodarstwa o powierzchni 7 hektarów. Jak sam przyznaje, nie planował kariery w rolnictwie – chciał pracować poza nim. Został jednak na gospodarstwie, bo był najmłodszy, a starsi bracia już się usamodzielnili.

Od produkcji mieszanej do specjalizacji

Początkowo gospodarstwo prowadziło zarówno produkcję roślinną, jak i zwierzęcą – typowy model dla wielu polskich gospodarstw końca lat 90. Zioła zajmowały wtedy zaledwie kilka arów. Dziś stanowią fundament działalności i obejmują 25 hektarów. W uprawie znajdują się: mięta, melisa, estragon, pokrzywa, prawoślaz i lubczyk.

Rocznie gospodarstwo pozyskuje od 60 do 80 ton suszu. Z jednego hektara można uzyskać nawet około 3,5 tony plonu. To wynik, który wymaga precyzyjnej organizacji pracy, ale wiąże się też z dużym ryzykiem.

Skalowanie ma swoje granice

Zdaniem Marciniaka rozwój plantacji ziołowych napotyka bariery. Jedną z nich jest ograniczona mechanizacja – wiele prac wciąż wykonuje się ręcznie. Drugą stanowi dostęp do ziemi. Pola oddalone o 10 km od gospodarstwa są nieopłacalne ze względu na koszty transportu surowca.

„Tu skalowalność jest ograniczona tym, że jest jednak dużo pracy fizycznej i mało mechanizacji” – podkreśla rolnik.

Sadzonki zamiast siewu

Uprawa ziół nie wpisuje się w sztywny kalendarz. Marciniak przyznaje, że przez 28 lat nieustannie eksperymentuje – raz zakłada uprawę jesienią, raz wiosną. Warunki atmosferyczne utrudniają wypracowanie jednego schematu.

Nasiona ziół są drobne i wysiewane płytko, najwyżej na 1 cm. Aby skiełkowały, wierzchnia warstwa gleby musi utrzymać wilgoć – co przy coraz częstszych niedoborach wody i wiosennych przymrozkach bywa trudne. Dlatego coraz większą rolę odgrywają nasadzenia. Obecnie sadzonki stanowią około 50% plantacji.

To rozwiązanie droższe, ale bezpieczniejsze i szybsze. Dla przykładu: norma siewu melisy to 2–3 kg nasion na hektar, a kilogram kosztuje około 300–400 zł. Przy sadzonkach potrzeba od 60 do 90 tysięcy sztuk na hektar, a jedna kosztuje około 17 groszy. Z drugiej strony rośliny dwu- i trzyletnie z nasadzeń szybciej budują potencjał plonowania, co pozwala szybciej odzyskać poniesione koszty.

Zachwaszczenie i jakość nasion

Jednym z największych problemów w uprawie ziół jest zachwaszczenie. Chemii praktycznie się nie stosuje – do dyspozycji pozostaje głównie haczka. Plantacje są pielone przed każdym zbiorem, od 4 do 5 razy w sezonie. Zbiory mogą odbywać się nawet dwukrotnie w ciągu roku.

Dodatkowym wyzwaniem jest jakość materiału siewnego. Jak zauważa Marciniak, w zielarstwie brakuje odnawialności gatunków – nikt nie prowadzi hodowli ani selekcji. Skutkiem są gorsze wschody, większa presja patogenów i mniejsza przewidywalność plantacji.

Rolnik sieje zioła rzędowo: uprawy korzeniowe co 64 cm, a ziela co 45–50 cm, w zależności od tego, czy pochodzą z siewu, czy z sadzonek. Ten rozstaw ma umożliwić mechaniczne i ręczne ograniczanie chwastów.

Zbiór, suszenie i wymagający odbiorcy

Od maja gospodarstwo wchodzi w etap zbioru i suszenia. Kolejność roślin na polach jest zaplanowana tak, by suszarnie pracowały bez przestojów. Najpierw zbierana jest pokrzywa, potem estragon, melisa, mięta, prawoślaz, a na końcu lubczyk. W przypadku ziół z nasadzeń w sierpniu przypada drugi zbiór.

Ścięte zioła trafiają do suszarni, gdzie w pięciu komorach są dosuszane w temperaturze 38°C do wilgotności 10–12%. Proces trwa od 2,5 do 3 dni, w zależności od asortymentu. Suszenie trwa zazwyczaj do października, a wybieranie korzeni może przeciągnąć się nawet do połowy grudnia.

Gospodarstwo pracuje pod konkretnych odbiorców. Około 10–15% produkcji trafia do lokalnych producentów herbatek, reszta jest eksportowana – głównie do Niemiec. Surowiec znajduje zastosowanie nie tylko w przemyśle spożywczym, ale także w farmacji.

Laboratoryjna weryfikacja i ryzyko

Najbardziej wymagająca część pracy to laboratoryjna weryfikacja jakości. Surowiec przechodzi szereg badań. Największą przeszkodą przy sprzedaży są alkaloidy, występujące najczęściej w starcu zwyczajnym. Wystarczy około 4–5 roślin na hektar, aby zdyskwalifikować całą partię.

Kolejne zagrożenie to pozostałości pestycydów. Jak mówi plantator, wystarczy mała nieostrożność któregoś z sąsiadów, by pojawiły się kłopoty – a normy są bardzo rygorystyczne.

Bez dopłat do ubezpieczenia

Marciniak zwraca uwagę na problem zabezpieczenia produkcji. Firmy ubezpieczeniowe nie chcą obejmować plantacji ziół ochroną od ryzyka wymarznięcia czy suszy, uznając je za zbyt wysokie. Producenci ziół mogą liczyć właściwie tylko na podstawowe dopłaty w ramach WPR – w ubiegłym roku było to około 700 zł do hektara.

„Jesteśmy dyskryminowani, bo nie mamy dotacji do ubezpieczenia ziół” – mówi wprost.

Zioła ma we krwi

Mimo licznych wyzwań w głosie rolnika nie ma zniechęcenia. Jak sam przyznaje, zielarstwo to zajęcie dla tych, którzy godzą się na zmienność i nie szukają dróg na skróty.

„Wyzwań jest całe mnóstwo, ale zioła niemal mam we krwi. Jak się lubi, co się robi, to wiadomo, nie jest się w pracy, a mnie zielarstwo sprawia przyjemność” – przyznaje z dumą.

Historia Mariusza Marciniaka pokazuje, że specjalizacja w uprawie ziół może być drogą do sukcesu, ale wymaga cierpliwości, elastyczności i gotowości do ciągłego uczenia się. To także opowieść o tym, jak rolnictwo rodzinne ewoluuje – od modelu mieszanego do precyzyjnej, niszowej produkcji.

Fot. Pexels / Nikolett Emmert

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *