Rolnik z Baranowa: 8 kontroli w rok, podwójna produkcja i walka z biurokracją

Rolnik z Baranowa: 8 kontroli w rok, podwójna produkcja i walka z biurokracją

35-letni Paweł Wróbel z gminy Baranów w powiecie kępińskim (woj. wielkopolskie) prowadzi gospodarstwo nastawione na hodowlę świń w cyklu zamkniętym oraz produkcję mleka. W chlewni utrzymuje około 18 macior, a w oborze 12 krów. Mleko odstawia do Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej w Kole. Gospodarstwo uprawia łącznie około 50 ha ziemi, głównie dzierżawionej.

Podwójna produkcja jako bufor na wahania cen

Wróbel przyznaje, że łączenie hodowli świń i produkcji mleka pozwala mu przetrwać kryzysy cenowe. Jak tłumaczy, przez większość czasu jedna z tych gałęzi była na dnie, a druga przynosiła zyski, co się bilansowało. Obecnie jednak ceny skupu obu produktów są niskie – świnie w powiecie kępińskim skupowane są po 4,10–4,50 zł/kg. Rolnik dziwi się, że przy tak niskich cenach opłaca się sprowadzać tuczniki z zagranicy, co powoduje nadwyżkę na rynku i utrudnia sprzedaż rodzimym hodowcom.

Bioasekuracja i papierologia – największe utrapienie

Najbardziej uciążliwe dla rolnika są przepisy bioasekuracyjne. Jak mówi, to nie tylko fizyczne zabezpieczenia, ale przede wszystkim ogromna ilość dokumentów. Musi prowadzić ewidencję wejść i wyjść z chlewni, a także szczegółowo rejestrować przewóz i stosowanie pasz. „Skoro jestem gospodarzem i pomagają mi rodzice, to nikt poza mną nie będzie tam wchodził. Wszystko musi być szczelnie zamknięte” – podkreśla. Dodatkowo słoma po przywiezieniu z pola musi być szczelnie okryta, co przy ściółkowym utrzymaniu świń jest logistycznie trudne.

Osiem kontroli w rok – rolnik czuje się zamęczany

Rok 2025 był wyjątkowo intensywny pod względem kontroli. Służby odwiedzały gospodarstwo Wróbla około 8 razy, sprawdzając bioasekurację i dobrostan bydła. „Bałem się wyjść na podwórko” – wspomina. Jedna z kontroli odbyła się w sobotę po Bożym Narodzeniu, co go zaskoczyło. Obecnie kontrole przeprowadzają inspektorzy z firm zewnętrznych, a nie z powiatowych inspektoratów weterynarii, co – zdaniem rolnika – prowadzi do błędnej interpretacji przepisów.

Samowystarczalność bez dopłat

Wróbel nie otrzymał dotychczas dopłat na rozwój gospodarstwa – zawsze był albo za duży, albo za mały. Postawił więc na samowystarczalność: nie musi kupować zbóż, zwierząt ani kiszonki. Uważa, że to duża zaleta w obecnej sytuacji rynkowej. Jego zdaniem sprawiedliwym rozwiązaniem byłyby dofinansowania kredytów – „kto by chciał, to by się rozwijał, bo wiedziałby, że musi tę kwotę spłacić”.

„Żeby nam tylko dali pracować”

Rolnik podsumowuje, że polska wieś nie boi się pracy ani inwestycji, ale oczekuje racjonalnych przepisów i stabilnych warunków. „Ktoś chce, no to pracuje, nie chce, to rezygnuje. Żeby nam tylko dali pracować, a oni nas tymi kontrolami po prostu zamęczą” – mówi. Historia Pawła Wróbla pokazuje, że mimo trudności wielu rolników wciąż stawia na rozwój i samowystarczalność, ale potrzebują wsparcia w postaci uproszczenia biurokracji.

Fot. Pexels / yavuz selim korku

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *